Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ramoneska. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ramoneska. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 13 lutego 2017

Dzień dobry

Dzień dobry na dobry dzień ☺
Do tego pozdrowienia, a właściwie rozważań na jego temat, zainspirowało mnie kilka sytuacji, których doświadczyłam. I zaczęłam "rozkminiać". Ale o tym parę zdjęć później.
Na dobry dzień, przedwiosenny (bo zima w mieście bywa czasem upierdliwa, choć lubię ją - ale zanim zacznie być rozmokło-przymarzająca) zaimprowizowałam stylizację wokół bladoróżowego swetra. Do grubego, ciepłego swetra, grubych, zimowych rajstop, rękawiczek, zakolanowych kozaków, założyłam (chyba jako wyzwanie dla pogody 😉) ta-dam!... letnią spódniczkę.  Na szczęście spódniczka ma podszewkę.
Ramoneska oczywiście daje radę w zimie, pod warunkiem odpowiedniego spodu, tzn. w tym przypadku, podszewka i gruby sweter. Dla utrzymania wyrazu zwiewności dodałam, kompatybilną kolorystycznie apaszkę.

No rzecz jasna jest jeszcze jedna apaszka, we włosach - i uszy zakryte, i czapki nie trzeba zakładać.
Muszę przyznać, że w tej stylizacji zastosowałam dwa nowe dla mnie rozwiązania, a mianowicie: łączenie zimowych i letnich strojów (w zimie!) a także połączenie kolorów: czarnego i brązowego.

A teraz "dzień dobry".
Jedno z pierwszych pozdrowień jakich się uczymy, albo kiedyś uczyliśmy, bo teraz częściej może być "piątka", "żółwik", "elo" i tym podobne.
Moje wychowanie obejmowało jeszcze te czasy, kiedy w dobrym tonie było pozdrawiać ludzi mówiąc "dzień dobry", to wyrażało i szacunek dla drugiej osoby i pozdrowienie. Mojemu synowi tłumaczyłam tak jak i mnie tłumaczono, że warto używać tego sformułowania, bo to oznacza nic innego, jak stwierdzenie: niech Twój dzień będzie dobry. Czyż może być lepsze zainicjowanie rozmowy dla późniejszego załatwienia naszej sprawy? W sklepie, w urzędzie, w sąsiedztwie...

Ostatnio wychodząc od znajomej, na klatce schodowej spotkałam starszą panią, czekającą na ... kogoś/coś i przechodząć obok niej powiedziałam "dzień dobry". Pani była tak zaskoczona, że przez chwilę miałam wrażenie, że się wahała czy odpowiedzieć. Odpowiedziała, ale minę miała z kategorii "bezcenna".
Co takiego dzieje się w naszych kulturowych normach zachowania, że "dzień dobry" staje się zbyt opatrzone, raczej osłuchane, przestarzałe, niespodziewane, nawet może wyświechtane? Podobno nie jest tak, że nie zauważa się sąsiadów, czy innych ludzi np. w windzie, tylko chyba nie zależy nam na wzajemnych uprzejmościach, więc wypowiadanie tych dwóch słów stanowi jakby pewien wysiłek. Niektórym bardzo młodym ludziom "nie chce się gadać po prostu", bo "i tak nie znamy tych ludzi, widujemy ich po prostu czasem".
Coś w tym chyba jest, bo w mojej pracy (rodzaj korporacji), nowi - niekoniecznie młodzi - pracownicy bardzo, bardzo oszczędnie korzystają z tego pozdrowienia.

Reporter Michał Wąsowski opisał taką sytuację:
Pani w wieku około lat 30-u stwierdziła, że mnie nie kojarzy, a obcym dzień dobry nie mówi. Tylko tym, co chociaż zna ich z widzenia, bo inaczej to nie ma sensu. Pytam, czy po prostu nie warto być miłym i odpowiedzieć (zaznaczam:odpowiedzieć!) a ona mnie spytała, czy mam zły dzień, że szukam pocieszenia... Nie ciągnąłem rozmowy dalej.

Myślę, że nie jest bardzo źle w tej kwestii, ale popracować nad tym warto.
Zdarzyło mi się też parokrotnie w sklepie, w kolejce, że kiedy przyszła moja kolej, to pani ekspedientka zwróciła się do mnie słowem "słucham?", a ja wtedy automatycznie: "dzień dobry, poproszę..." Ciekawe co o mnie myślą? Że nadęta, że o co jej chodzi?... 
Najprędzej nie zawracają sobie mną głowy :) Bo ogólnie rzecz ujmując uważam, że ludzie nie są z gruntu niegrzeczni, poza jakimiś pewnie wyjątkami. I najczęściej jednak odpowiadają na "dzień dobry".

A jakie są Wasze doświadczenia w tej materii?







Niech Wasz dzień będzie dobry :)

Sweter - Cocomore z Iza Butik.
Spódniczka, apaszki - moja szafa.
Torebka, rękawiczki - Mohito.
Kozaki - Deichmann.

Zdjęcia - by M.

niedziela, 10 kwietnia 2016

Niedzielny relaks z refleksją

Będąc kobietą pracującą od ponad miesiąca, zaczynam mieć dość tego szaleństwa pracy, które zaistniało wokół mnie. Przestaję przez to szaleństwo dostrzegać w sobie Kobietę. 
A mój Dobry Duszek od Niezwariowania (DDN), we wczorajszej rozmowie powiedziała mi, że słyszy w moim głosie frustrację, kiedy mówię o pracy. A jeszcze miesiąc temu tego nie było. 
Zatem obawiam się, że za chwilę mogę przestać czuć w sobie Homo Sapiens. Zostanie tylko człowiek sapiący...

Zatem w ramach przeciwdziałania temu zagrożeniu, po niedzielnych zajęciach specjalizacyjnych, wybraliśmy się dla odreagowania, na wyprawę za miasto. Padał deszcz, było szaro i sennie. Skręciliśmy nie tam gdzie trzeba (na szczęście nie ja prowadziłam) i ... zaczęła się przygoda. 


Jechaliśmy przez wioski, w których stały jeszcze domki drewniane, pobielone jakby nadal wapnem, pochylone, starutkie niektóre, miejscowości, w których czas zatrzymał się w końcówce PRL-u. I nie był to żaden skansen. To Polska właśnie. 
A później droga przez las, kręta, wymarzona na moto ;-) różnorodna w drzewostanie, piękna, z nierównomiernie budzącą się zielenią... banan sam wchodził na twarz.
Minęliśmy dwa stojące i gapiące się na nas bociany. Dalej, przed następną wioską, przed autem przebiegła sarna. Ja krzyknęłam z przerażenia, M. ostro hamował, a sarna aż na ułamek sekundy, jakby przysiadła na asfalcie, ale instynkt ją popchnął do dalszego biegu. Łał!
Wtedy pożałowałam, że nie siedzę z aparatem w ręku, w gotowości. Bo przecież takich sytuacji nie da się wyreżyserować, ani przeżyć po raz drugi.
Druga myśl - wygodnej kobiety miastowej - a jak ja to mam zrobić? Jechać z otwartym oknem? Jak tam pada i wieje...
To była pięknie spędzona godzina, ładująca mocno akumulatory, mimo tego, że w aucie.
W końcu dotarliśmy na miejsce.
Prawda, że wygląda jak nad morzem? Ciekawam, czy ktoś z Was wie gdzie byliśmy? Zapraszam do typowania miejsca w komentarzach.


Spacerując, natknęłam się na raka (teraz już wiem gdzie zimują). To mój pierwszy wypatrzony rak - skorupiak, bo ten Rak, który mnie wypatrzył, jest na stałe ze mną ;-)
A tamtego w piasku obróciliśmy na brzuszek i dalej sam sobie poradził.
Dzisiejsza stylizacja powinna się nazywać: historia czerwonej torebki.  
Historia oklepana: otóż, miałam dokonać zakupu pewnych rzeczy koniecznych do wykonywania mojej pracy w niedalekiej przyszłości, ale ... przeznaczenie/Wszechświat, zdecydował inaczej. I kiedy przechodziłam ulicą, z wystawy jakiegoś sklepu uśmiechnęła się do mnie taka śliczna, czerwona listonoszka, ale z dużym kobiecym sznytem. Weszłam, przymierzyłam i kupiłam.
Reszta stylizacji codziennej, wygodnej: na uczelnię, do miasta, ale - jak widać - nie tylko. Włożyłam moje ulubione za długie jeansy, dzwony, które co prawda trochę "same chodzą" z tyłu po drodze, ale są niezwykle wygodne i świetnie się w nich czuję. Powyżej spodni bawełniana bluzka w czarno-białe paski, z rękawami 3/4. 
Przy dzisiejszej pogodzie konieczny był sweter, czyli wygrał mój stary, czarny z szarym kraciastym wzorem, asymetryczny. Ostatnio nie nosiłam go od jakiegoś czasu i nawet trafił na "półkę wylotową", bo totalnie miałam dość niemożności zapięcia go, tej asymetrii - bo tu wystaje a tam odstaje... a tu dziś jak znalazł.
Skórzana ramoneska, prezentowana już tu i tu na blogu, tak jak i czerwone buty.
Rękawiczki, przy mojej skłonności do marznięcia, były niezbędnym dodatkiem.




Ha! Prawie zapomniałam o kapelutku - nazwa własna kapelusza w stylu Trilby, który zwykle noszę zsunięty na tył głowy, troszkę zawadiacko. Ale dziś spełniał się jako ozdoba, ale i ochrona przed deszczem i jako ujarzmiciel moich niesfornych włosów.
Cudowny spacer, któremu towarzyszyły toczące się w głębi duszy refleksje związane z tym co powiedziała mi koleżanka - DDN. Co zrobić by nie dać się zwariować?, jak pozostać sobą i nie wchodzić w konflikty ze światem zewnętrznym?, jak zachować zdrowy umiar w dawaniu z siebie wszystkiego, spełniając oczekiwania nam stawiane? itd., itp., ech...

Smaczki dzisiejszej stylizacji są w duszy, a na zewnątrz - część nie została uwieczniona na zdjęciach, jak wcześniej wspomniałam, a reszta jest poniżej... czyli: życie jest smaczkiem, wartością, mimo zmęczenia, padającego deszczu, nieidealnej figury, umykających momentów - czasem niezauważenie, które składają się też na definicję szczęścia, mimo trudnych ludzi dookoła, ale i tych, którzy są cudowni i są w naszym otoczeniu, wystarczy się rozejrzeć i uśmiechnąć.
Dobrego tygodnia :-)
Jeansy - odziedziczone po koleżance, która z nich "wyrosła".
Bluzka, apaszka - nabytek wakacyjny.
Sweter - nn.
Ramoneska - Zara.
Kapelusz - New Yorker, kilka lat temu
Rękawiczki - KappAhl.
Torebka - nn, z wczoraj.

Zdjęcia - Mike Bishop

środa, 20 stycznia 2016

Zima w mieście



Moja ulubiona pora roku - czyli lekka zima ze śniegiem i odrobiną słońca, zagościła tym razem na dłużej. Fajnie. 
Odkąd na codzień poruszam się samochodem, to często kusi, by lżej się ubrać, niż gdybym musiała poruszać się np.: komunikacją miejską i czekać na tramwaj na przystanku. 


I w związku z tym, takie oto wybrałam rozwiązanie na okrycie wierzchnie, które ma zapewnić ciepło, kiedy przemieszczamy się na krótkich dystansach.


Połączenie czerni z czerwienią i kolorowy akcent na szyi. 
Czarna baza to spodnie rurki i ciepły golf. Całość przełamana "zimowym" naszyjnikiem. Nazywam go tak, bo poszczególne jego elementy wykonane są z filcu i drewna pomalowanego na czerwono i nawleczone na czarne "sznurki", niewidoczne na czarnym ubiorze. Bardzo go lubię, ale ze wzgledu na użyte materiały noszę tylko w zimie.
Na wierzch kurtka ramoneska, z ocieploną podszewką, na szczęście. 
Na szyi gruby, miękki i ciepły, trójkolorowy szalik, znany z poprzedniego posta.






 Zatrzymałam się w miejscu, z którego jest dobra perspektywa. Bowiem w dali widać moje miasto. I mimo, iż nie wyjechałam poza jego granice, to patrząc nań, miałam wrażenie, że te wszystkie "miejskie" zawirowania, pośpiech, kłopoty, itd. są daleko poza mną. Tam zostały. Jakoś tak... dobitnie poczułam symbolikę tej sytuacji. 




Ot i słońce zachodzi, czas kończyć spacer i wracać do domu, do zajęć, na ziemię...
Smaczkiem, wg mnie, w mojej dzisiejszej stylizacji zostały korale "zimowe" :-)



Korale - pamiątka z wakacji zimowych sprzed lat.
Spodnie i golf - z mojej szafy.
Kurtka - Zara (z wcześniejszego sezonu).
Szalik - mojej produkcji, bez zmian ;-)

Zdjęcia - Mike Bishop